niedziela, 14 grudnia 2008

Kolejny wiersz z tej samej serii bez tutułu, on jest przecież ten sam...

Mały szary skowronek wzleciał do góry,
przebić się chciał przez gęste mgły i chmury.
Szybowanie wśród kłosów i drzew
to było dla niego mało.
On ujrzał raz tęcze i poczuł zew.
Tam szczęscie na niego czekało.

Ptaszyna wiedziała po co chce żyć.
Pokonać trudności i tam właśnie być.
Wiecznie tęcze oplatać spiralą,
w promykach słońca tańczyć radośnie,
skrzydłami machać jak mu zagrają,
z wiatrem kochać się nieprzytomnie.

Śmierć, czy życie na ziemskim padole?
Wiedział. Pod skrzydła wziął swą dolę,
wzbił się do góry, poleciał ku temu
szczęściu, o którym marzył nie on sam,
lecz lot udał się tylko jemu,
i osiągnął to wszystko w górze tam!

Czyż można być bardziej szczęśliwym?
kochając się w niebiosach, latając wieść prym?
Ptaszkowi jednak było za mało,
zapragnął zdobyć ulotnych gwiazd szereg,
zuchwalstwo wcale go nie zdumiało,
zapomniał jak z niebem łączyło go wiele...

Egoizm i pycha zgubiły skowronka,
porzucił szczęście, górę wzięła mżonka.
Gdy tylko wzleciec próbował tam,
wiatr, tęcza, niebo - zniknęło szczęście, nic nie ma.
Bez życia z łomotem upadł na ziemię - oprzytomniał,
zrozumiał, pomyślał: Czy jeszcze kiedyś polecę do nieba?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz